
Jakiś czas temu, na początku września, na łamach “Dziennika” Justyna Sobolewska ubolewała nad tym, że nie mamy obecnie co czytać i że polska powieść znajduje się w głębokiej zapaści: “Kiedy ostatnio czytali państwo dobrą polską powieść? Trudno sobie przypomnieć, prawda? Gołym okiem widać, że z prozą, a zwłaszcza z powieścią, źle się dzieje. Z lękiem bierzemy do ręki nową książkę polskiego pisarza i zazwyczaj lęk jest uzasadniony”. Nie zamierzam w tym miejscu polemizować z diagnozami Sobolewskiej, bo zajęli się tym już inni krytycy w kolejnych wydaniach wrześniowego “Dziennika”, ale zaprezentować Państwu coś w rodzaju “programu pozytywnego”.
Oczywistością jest stwierdzenie, że krytyka zawsze przychodzi recenzentowi najłatwiej – dużo prościej jest się przejechać po słabym literackim tworze czy nawet po całej gromadzie takich tworów niż zająć się przypadkami wyjątkowymi, trafiającymi się niezwykle rzadko, ale zasługującymi na najwyższe uznanie i litanię pochlebstw. Dużo trudniej byłoby napisać tekst będący zupełnym odwróceniem tez Sobolewskiej, w którym na plan pierwszy autor tekstu wyciągnąłby takie właśnie szczególne przypadki literatury, która jeżeli wymaga szczególnej troski to tylko w takim sensie, że należy o niej mówić dużo i głośno, by przypadkiem nie została przegapiona przez czytelników i zakrzyczana przez inne, mniej wartościowe, tytuły.
Pomijając może krytyków, których – na wzór rewolucyjnych haseł – należałoby określić przegniłymi koniunkturalistami, wydaje się, że większość piszących o literaturze nie odmawia sobie – przynajmniej od czasu do czasu – przyjemności ironicznej i szyderczej krytyki, wyśmiewającej absurdy i wyróżniającej cytatem grafomańskie fragmenty wyjęte z “dzieła”. Pragnę wierzyć, że tekst Sobolewskiej wynikał z rzeczywistej troski i zmartwienia, że jej dość krzywdzące porównania polskich młodych prozaików z uznanymi twórcami zachodnimi były rodzajami zachęty i wpłynięcia na ambicję naszych twórców, ale mimo tego nie chciałbym się tym razem dołączać do chóru utyskujących krytyków i recenzentów i zrobić coś zupełnie przeciwnego. Chciałbym opowiedzieć Państwu o jednej z najlepszych polskich książek 2008 roku, która – przynajmniej do momentu pisania niniejszych słów – nie została zauważona i doceniona w sposób na jaki naprawdę zasługuje, a którą – na przekór Sobolewskiej – postawić można wyżej od wielu dokonań twórców obcojęzycznych.
Chodzi o “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” Kamili Sławińskiej, a więc reportaż literacki wydany przez W.A.B. w serii Terra Incognita. I gdybym chciał odpowiedzieć na diagnozę Sobolewskiej, to w pierwszym rzędzie – paradoksalnie – wymieniłbym jako kontrargument właśnie książkowy debiut Sławińskiej. Może i nie jest to powieść sensu stricto, ale ten niepraktyczny przewodnik, brawurowy reportaż literacki, ta (o)powieść o mieście, o którym wszyscy tak wiele słyszeliśmy lub czytaliśmy, które tak często widujemy w filmach i serialach, o którym – wydawać by się mogło – wszystko już powiedziano, bije na głowę większość polskich powieści, jakie ukazały się u nas ostatnimi miesiącami i w tym sensie rzeczywiście można by przytaknąć Sobolewskiej.
Nowe powieści Kuczoka, Shutego i Witkowskiego nie zachwycają tak jak miały między innymi dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie przeczytałem opowieść Sławińskiej. Niech będzie, że jest to teza nieco na wyrost, ale nie zmienia to faktu, że debiut ten, o którym zapewne nie przeczytamy w wielu pismach literackich, gromadzi w jednym miejscu ogrom faktograficznych informacji o Nowym Jorku, konfrontuje historyczne źródła i legendarne fotografie z rzeczywistością miasta “tu i teraz”, łączy w sobie cechy poetyckiej, niezwykle zmysłowej i żywej, baśni z erudycyjną, pełną konkretów i detali, prozą reportażową. Wystarczy tę pozycję o Stanach Zjednoczonych porównać z “Panią na domkach” Joanny Pawluśkiewicz, by zauważyć różnicę.
Być może przewaga Sławińskiej nad Pawluśkiewicz polega na tym, że ta druga pisała wypracowanie na zadany temat – american dream kończy się tam bardzo szybko i przed oczyma staje nam brutalna rzeczywistość, upokarzająca praca, złe warunki mieszkaniowe czy budzący trwogę i zażenowanie emigranci z Polski. Sławińskiej się udało – jej również na początku nie było łatwo i przyjemnie, ale w końcu wszystko zakończyło się hollywoodzkim niemal i trwającym do tej pory happy endem, a przynajmniej takie odnosi wrażenie czytelnik tej książki.
“Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” to mimo wszystko optymistyczna historia sukcesu – z jednej strony mowa o “sukcesie”, jaki odniosło samo miasto (jego legenda, mieszkańcy, muzea, media, drużyny sportowe, dzieła architektury itd. itp.), a z drugiej o sukcesie Sławińskiej, której udało się w tej najbardziej chyba nieokiełznanej miejskiej dżungli odnaleźć i żyć w niej do dnia dzisiejszego. Trzecim – z perspektywy czytelnika chyba największym – sukcesem jest owoc wyżej wymienionych osiągnięć, a więc sama książka Sławińskiej złożona z dopracowanych i poszerzonych notek (czy też: notatek) publikowanych wcześniej na blogu Sławińskiej (pod tytułem “Nowojorskie Gadanie”).
Jeśli się nie mylę, jest to pierwszy naprawdę udany polski “przeszczep” wirtualnych zapisków do organizmu drukowanej książki, a niektóre z typowych wyróżników gatunku “notka na blogu” doprowadzone zostały przez Sławińską do perfekcji i w formie książkowej sprawdzają się znakomicie. Wymieńmy chociażby felietonowość stylu wymieszaną z danymi faktograficznymi i elementami autobiografii, stosowanie publicystycznych uproszczeń zamiast rozległych, nużących analiz oraz lapidarnych, dobitnych opisów zamiast niekontrolowanego i niekończącego się mnożenia przymiotników, metafor i porównań, potrzebę zaintrygowania czytelnika każdym kolejnym zapiskiem (a więc odpowiednikiem podrozdziału w książce Sławińskiej) już od pierwszego zdania, błyskotliwą, a jeszcze częściej poetycką, nieco sentymentalną, a z rzadka pretensjonalną pointę czy niewielką objętość poszczególnych podrozdziałów (notek na blogu), dzięki czemu Sławińska nie pozwala swojemu czytelnikowi znudzić się i zdekoncentrować ani przez moment.
Oczywiście, trudno byłoby domagać się podobnych cech od “Pani na domkach” Pawluśkiewicz, ale wydaje się, że część z nich można by i tam zastosować z powodzeniem. Co interesujące, to to, że w przypadku obu tych utworów mamy do czynienia z podobnymi motywami i wątkami – Polka przybywająca do Stanów Zjednoczonych, próba aklimatyzacji i życia w nowym środowisku, problemy z językiem, próba zrozumienia Amerykanów i innych narodowości zamieszkujących Stany, próba zrozumienia czym jest american dream i tego, jak w praktyce działa zasada “od pucybuta do milionera”. Problem w tym, że publicystyczne, gazetowe uproszczenia i trywialne przesłanie Pawluśkiewicz nawet jeśli prawdziwe i domagające się świadectwa, jawi się niczym blady cień przy subtelnym, a przecież wypowiedzianym zdecydowanym głosem świadectwem spotkania ze Stanami Zjednoczonymi i ich mieszkańcami autorstwa Kamili Sławińskiej.
Zdaje się, że porównanie z “Panią na domkach” jest nie do końca uprawnione nie tylko dlatego, że należałoby zachować proporcje i nie przyrównywać książki Sławińskiej do powieści, nad którą nie warto się dłużej rozwodzić, ale także dlatego, że Nowy Jork jest jednak czymś zupełnie innym niż reszta Stanów Zjednoczonych, a jego mieszkańcy zdecydowanie wyróżniają się na tle Amerykanów z innych miast i miasteczek. Nowy Jork jest – pisze Sławińska – najbardziej europejskim z wszystkich amerykańskich miast i w kolejnych podrozdziałach przygląda się kolejnym dzielnicom: a to polskiej, a to chińskiej, a to tej zamieszkiwanej przez Irlandczyków (przy okazji przyglądamy się hucznym obchodom Dnia Św. Patryka), wreszcie dzielnicom Portorykańczyków czy Żydów.
Już w pierwszym rozdziale książki pisze Sławińska: “Jesteśmy obcym krajem, pięćdziesiątym pierwszym stanem, może nawet osobnym układem gwiezdnym orbitującym wokół wyspy” - i dalej: - “To miejsce, tutaj, Pięć Dzielnic, niecałe pięćset mil kwadratowych powierzchni, położonej w znacznej części na wyspach – to nie jest Ameryka. Wiedział to już Henry Hudson, pierwszy Europejczyk, który dopłynął do brzegów tego kawałka świata i postawił stopę na skrawku lądu nazwanym później Manhattanem. dzielny żeglarz był przekonany, że dotarł do Chin, i nawet jeśli za jego czasów nie było Chinatown i niezliczonych azjatyckich restauracji na dole Miasta, trudno powiedzieć, by Hudson bardzo się pomylił”.
Zastanawiające i wielce znaczące jest to, że wielokrotnie posługuje się Sławińska zaimkiem “my”. Pisze: “my, nowojorczycy”, “jesteśmy”, “lubimy” itd., gdyż mimo różnorodności etnicznej, rasowej, zawodowej czy językowej mieszkańców tego miasta (“Nie ma drugiego miejsca na świecie, dokąd ciągnęłyby tak przeróżne egzemplarze ludzkiej menażerii”) wydaje się autorce, że mają oni ze sobą więcej wspólnego niż mieszkańcy jakiegokolwiek innego miasta na świecie: “Tak się dziwnie składa, że Nowy Jork to miejsce, w którym prawie nikt z jego mieszkańców się nie urodził [...] Większość przybyła gnana pragnieniem innego życia, wolą wymyślenia siebie na nowo. Nawet jeśli amerykański sen, w jaki wierzyli emigranci lat trzydziestych, oficjalnie należy do przeszłości, tutaj marzenie trwa”.
Sławińska pisze, że po opuszczeniu tego miasta na zawsze, człowiek zaczyna rozumieć, że utracił kawałek siebie oraz że New Yorker to narodowość: “Ba, nawet więcej: to wyznanie, dożywotnie członkostwo w hermetycznej sekcie szaleńców, którzy oddali Miastu najlepsze lata swojego życia, zgodzili się na niebotyczne koszty utrzymania, zatrucie środowiska, ciasnotę, by w zamian dostać najdziwniejszy z narkotyków: nowojorski cool”. Być może w tym momencie słowa te wydają się nieznośnym patosem i banałem, a przede wszystkim świadectwem zmanierowania i snobizmu, ale – prócz nielicznych i, zdaje się, koniecznych, bo opowiadających prawdę o Mieście i jego mieszkańcach fragmentów – lektura całości pokazuje, że nie taki poważny i elitarny ton jakiegoś aroganckiego japiszona, pysznego New Yorkera dominuje na kartach tej książki.
Wręcz przeciwnie: Sławińska pisze lekko, czuć w tej miejskiej opowieści (chciałoby się powiedzieć: w tej urban legend) radość pisania, radość z ponownego odwiedzania miejsc, o których pisze, wspominania ludzi, których tutaj spotykała (i to niezależnie czy pisze o swoim spotkaniu z wielką Laurie Anderson, o przypadkowej pogawędce z Kurtem Vonnegutem czy też o bezdomnych muzykach grających w podziemiach metra) i wydarzeń, w których w jakikolwiek sposób uczestniczyła (począwszy od wydarzeń artystycznych, koncertów i wystaw przez kafkowskie z ducha zderzenie z szanownym Urzędem po blackout w sierpniu 2003 roku i wydarzenia 11 września 2001).
Jeżeli mowa o elementach autobiografii, jakie zawiera “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” to ponownie podkreślić trzeba subtelność i wyczucie Sławińskiej, która jest w pełni świadoma tego, że to Nowy Jork jest głównym bohaterem tej książki, a nie sama jej autorka. Sławińska opowiada o sobie, o swoim życiu w mieście, od czasu do czasu wspomina o swoich przyjaciołach, o rodzinie z Polski, o dawnych lekturach – wszystko to odmierzane jakby z chirurgiczną precyzją, bez narzucania swojej osoby, bez zasłaniania tego, co w tej opowieści najistotniejsze, z czułością, bez wulgarnego obnażania się.
Sztuka ta wydaje mi się tym większa, że obecnie, kiedy niepodzielnie panuje u nas model pisarstwa skrajnie egotycznego, większość młodych twórców, którzy spróbowaliby zmierzyć się z Nowym Jorkiem w literaturze przysłoniłoby swoją wyimaginowaną wielkością nawet nowojorskie drapacze chmur. U Sławińskiej nic nie zostaje zakryte – pokazuje nam Nowy Jork, a nie siebie i swojego ukochanego. I chwała jej za to.
“Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” to książka nie tylko o Nowym Jorku, ale i o mieście w ogóle, o mieście jako takim. Miasto jako temat literacki, miasto jako pretekst do snucia fabuły, miasto jako historia mieszcząca w sobie mnóstwo pomniejszych historii. Sławińska nie kocha Miasta bezkrytycznie i naiwnie – książka jest swoistym rankingiem: to lubię, a tego nie, kiedyś nie znosiłam fotografii Avedona, nie mogłam patrzeć na budynek Empire, a potem, nagle...
Żywa historia miłości do miasta, życia w mieście i z miastem – Sławińska czasami pisze o budynkach, restauracjach, muzeach, podziemiach metra czy targowiskach tak jakby pisała romans: mamy tutaj rozstania i powroty, drobne sprzeczki i poważne awantury, stare dobre małżeństwo, ale i szybki, przelotne, urocze, ale raczej mało istotne miłostki.
Jest też książka Sławińskiej nowojorską odmianą realizmu magicznego, poetyckim raptularzem, zapiskami życia w wielkim mieście pełnymi trafnych spostrzeżeń, niespotykanej wrażliwości i uczucia, jakim autorka darzy Nowy Jork. Nawet jeśli irytują ją wszędobylscy i podążający wytyczonym szlakiem turyści (przecież można udać się w przeciwnym kierunku – mówi nam Sławińska – i za rękę prowadzi nas, spragnionych niepraktycznych porad, do miejsc rzadko lub w ogóle nie wymienianych w popularnych przewodnikach po Mieście, do ruin szpitala ospowego na Roosevelt Island, do alejki Washington Mews, do sklepów wypełnionych od podłogi po sufit kompletami szachowymi wszelkich fasonów, wielkości i rodzajów, do De La Vegi, kudłatego artysty łażącego po Harlemie i malującego tamtejsze mury, na wystawę Diane Arbus czy na sezonowe wyprzedaże), nawet jeśli nie odpowiada jej tempo życia i ceny wynajmu mieszkań, nawet jeśli oburzają ją niektóre projekty architektoniczne czy letnie temperatury – nie traci swojego zapału i akapit za akapitem prezentuje czytelnikom coś, co określić moglibyśmy wręcz pochwałą istnienia.
Na trzy uwagi krytyczne, daje Sławińska dziesięć pochwał, na chybione projekty architektoniczne odpowiada opowieścią o tym, co się udało i o nadziejach związanych z tym, co dopiero ma zostać wybudowane, na wyścig szczurów i inne w Nowym Jorku pojmowanie Czasu odpowiada opowieścią o miejscach, w których wreszcie można przystanąć, odpocząć, zatrzymać zegar i to nawet ten odmierzający czas innymi jednostkami, nowojorskimi minutami. To książka pełna życia, barw, zapachów, smaków, dźwięków, hałasów, gwaru ulicznego, mieszających się ze sobą języków, osób, magicznych miejsc i przestrzeni.
Już na wstępie niniejszej laurki, bo tak chyba należałoby określić ten tekst, zauważył Czytelnik, że główne jej cele są dwa: po pierwsze, odesłanie Czytelnika do lektury omawianej tutaj książki oraz, po drugie, podziękowanie Autorce za podarowanie nam bezpłatnej wizy do Nowego Jorku, bo przecież – jak pisałem powyżej – nie do całych Stanów Zjednoczonych, za zabranie nas w podróż, która, kto wie, czy nie rozczarowałaby nas dużo bardziej, gdyby odbyła się naprawdę, a nie za pośrednictwem druku.
I jeszcze na koniec chciałbym krótko wspomnieć o “Nowym Jorku” Sławińskiej w kontekście dwóch innych “pozycji podróżniczych”, o których głośno było u nas ostatnimi czasy. Przede wszystkim więc podobieństwo do “Stambułu” Orhana Pamuka: miasto jako pretekst do snucia opowieści, jako ważny element autobiografii, zderzenie faktów i wypisów historycznych z poetyckim opisem i literackim reportażem. W przeciwieństwie do Pamuka, Sławińskiej udaje się nie powtarzać, a przede wszystkim nie powracają do niej w tak obsesyjny sposób pewne sformułowania – kilkadziesiąt razy w “Stambule” powracają na przykład odmieniane przez wszystkie przypadki rzeczowniki “smutek” i “melancholia” (patrz: niżej podpisanego recenzja ze “Stambułu”). Nie chcę przez to powiedzieć, że to Sławińska powinna otrzymać literackiego Nobla, ale faktem jest, że to jej miejska opowieść w większym stopniu dba o swojego czytelnika – nie nudzi, nie popada w dygresje i wątki poboczne, nie zapętla się w powtarzaniu wciąż tych samych przymiotników, nie jest monotematyczna.
Z kolei w wydanej przez Czarne “Podróży na Alaskę” Bory Cosicia uderza przede wszystkim nieustanne powtarzanie o tym, jak to kiedyś miasta Jugosławii były piękne, jak to mieszkańcy tych miast byli wspaniali i mądrzy, jak to nawet dawni sklepikarze obdarzeni byli kulturą osobistą i otwartością na drugiego człowieka, a dzisiaj? Dzisiaj to już, panie drogi, niczego z dawnej świetności nie uświadczysz – wszystko zeszło na psy, ludzie skarleli, sklepikarze schamieli, domy zapadły się w ruinę, młodzież zdziczała, a do taksówek wskakują niewyżyte kurwy. Sławińska również próbuje – na podstawie fotografii, dawnych świadectw historycznych i innego rodzaju relacji – oddać atmosferę nieistniejącego już Miasta, a także wspomina o miejscach, które zniknęły czy przeniosły się gdzieś indziej już w czasie jej pobytu w NY i, oczywiście, nie są takie fragmenty pozbawione sentymentu i smutku za tym, czego już nie ma, ale zupełnie obce jest Sławińskiej zgorzknienie, złość i groteskowe niezrozumienie współczesności charakteryzujące chwalonego w wielu recenzjach w prasie wysokonakładowej Cosicia. Czyżby więc kolejny punkt dla Sławińskiej? Tak, i to nie ostatni.
{Tekst, pod tytułem "Bezpłatna wiza do Nowego Jorku", ukazał się w "Wakacie" nr 3/2008}
[Kamila Sławińśka, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny, Wyd. W.A.B., Warszawa 2008]